In vino veritas

September 27th, 2010

Wczoraj jeszcze byłem na nie, przynajmniej tak do południa. Zmieniło się to po pierwszym podejściu do obrywania kiści winogron. Surowca było tyle, że wino wręcz prosiło się o zrobienie. Zrobiłem więc butlę 15l. Niby nic ale roboty mnóstwo: najpierw zebrać, potem obrać z gałązek, zmacerować, następnie wlać sok do butli i ustawić cały proces – drożdże, pożywka, sok z winogron, cukier. Udało się w 100%, co prawda roboty było huk, ale poradziłem – najczarniejsza robota czyli maceracja należała do mnie. Kręcenie korbką i wyciskanie soku, uff; ile się natyrałem, ile potu straciłem – szok. Do tej pory robiłem wino z wiśni, w ruch szła drylownica, tym razem surowcem do wina było winogrono, do maceracji użyłem więc specjalnej maszynki – podobnej do mielenia mięsa, choć bardziej specjalizowanej: sok leciał z jednej mańki, odsączone winogrono w postaci trocin wylatywało z drugiej strony – do wiadra ze śmieciami. Machina miała fajną regulację w postaci dokręcanej śruby, w której regulowało się jak mocno miały być wyciśnięte winogronka – teraz już wiem co znaczy dokręcić komuś śrubę :). W każdym bądź razie ustrojstwo spisało się na medal, sok poleciał do butli, natomiast skórki, pestki i reszta chłamu do kompostownika. Sam bym nie dał rady z całym przedsięwzięciem, pomagali mi teściowie (surowiec też ich), ale również żona – bez nich nie dałbym rady. Mam nadzieję, że w tym samym gronie nie jedną flaszkę wina wypijemy. Tak więc butel został nastawiony, czekać trzeba co się wyklaruje, a na foty z pracy można zerknąć tutaj.

Categories: Living | Tags: | No Comments

wino, kabaret i narty

December 8th, 2009

Zacznę w kolejności:
Piątek.
Festiwal kabaretu trwa w najlepsze. Poszliśmy ze znajomymi, w sumie we czwórkę – my i Ślusarze. Jak to ze Ślusarami bywa, choć człowiek umówi 15 minut przed, choć Daniel obiecuje, że będzie na czas, to z reguły tak nie jest. Ustawieni byliśmy na 17:45, wyszło jak zawsze – o 18-tej oddawałem kurtki w szatni. Na auli UZ-tu już się kłębi, ludzi huk. Siadamy w ostatnim rzędzie, mi to nie przeszkadza – widok dobry nikt nie zasłania. Ślusarowi przeszkadza – lekko ślepawy jest, więc szukamy jakiegoś miejsca bliżej. Na szczęście znajduje się samo: dziewczyna kolegi z pracy (pozdrowienia!), działająca z ramienia organizatora znajduje nam miejsca mniej więcej w połowie sali. Rozpłaszczamy się wygodnie i czekamy na widowisko. Po kolei mają wystąpić: Kwartet okazjonalny, Noł Nejm, Dno. Jeszcze tylko gadka-szmatka prowadzących i zaczyna się. Kwartet to tak naprawdę trio, ale jako, że do jednego z numerów werbują kogoś z publiki – stąd też nazwa. Skecze fajne, w tonacji muzyczno-śpiewanej – najbardziej zapamiętałem dwa: B52 (dla mnie najśmieszniejszy), oraz historię powstania pewnego utworu muzycznego. Podkład więc dobry. Teraz na scenę wkracza Noł Nejm – dwójka młodych artystów. Dają czadu! Gęba mi się cieszy mocno, leją się wręcz łzy szczęścia i radości. Ze śmiechu oczywiście! Skecz o PKP po prostu rozkłada na łopatki, inne też są mocne. Po prostu zdziera papę z dachu! O! Na finał występuje kabaret DNO. Też jest śmiesznie, ale nie aż tak, zwłaszcza ze któryś z numerów już widziałem. Podsumowując wspaniały wieczór: dobre 3 godziny zabawy, śmiechu i radości – wspaniała odskocznia po tygodniu pracy.
Sobota
Jedziemy do Gubina. Niby 60 km, ale miesiąc nie byliśmy – egzamin na nauczyciela mianowanego kilka dni nam z życia wydarł. Nadrzędnym celem było zrobienie porządku z butlami wina, które nastawione zostały latem. Trochę się narobiłem: ściągnąć wino, przygotować butelki, rozlać, zakorkować, posprzątać, uff… Z większej butli wyszło 10 butelek 0,7l. Z drugiej niestety chyba nic nie wyjdzie: owoce trochę ze długo siedziały w butli – na nieszczęście wdarło się też tam paręnaście pestek – i zamiast pięknego bukietu trąci trochę pestką. Zlałem ów specyfik póki co do mniejszej butli, dodałem odrobinę cukru (to co wyszło jest mocno wytrawne) i chcę jeszcze jakiś czas poczekać.
Drugie zadanie jakie tego dnia na mnie czekało to narty: na lato ślizg został zabezpieczony woskiem przed utlenianiem się, teraz przyszła pora na proces odwrotny. Znów namordowałem się, prawie godzinę zajęło mi ściągniecie całego wosku z dwóch par nart. Sezon zbliża się wielkimi krokami, choć póki co śniegu jak na lekarstwo. Czechy w błocie i deszczu, o warunkach u nas lepiej nie wspominać. Na weekend ma zacząć padać, zobaczymy ile tego będzie. Mrozu nawet nie ma, więc blado to widzę. Zapowiada się trudna zima dla narciarzy. Obym się mylił. Z nart więc póki co zostaje oglądanie zawodów FIS WC na eurosporcie – nasze stacje uparły się na skoczków. Na weekend faceci jeździli w Beaver Creek, kobity w Lake Louise – tydzień temu było odwrotnie. Załapałem się głównie na sobotnie zjazdy, oraz giganta panów w niedzielę. Zjazd ogląda się miło, pędzący ponad 120 km/h zawodnicy robią wrażenie. Bode Miller jak zwykle ubarwił swoim przejazdem całą imprezę – jechał mówiąc kolokwialnie na maxa: tnąc bramki, tracąc równowagę ale się nie wywracając, fruwając i skręcając w powietrzu. Z chęcią podałbym linka do jego przejazdu ale nigdzie nie znalazłem. Było na co popatrzeć – sztuka balansu najwyższej próby, wynik również świetny: 4-te miejsce w klasyfikacji. Wszystkich jednak przebił młody szwajcar Carlo Janka – wygrał wszystkie 3 konkurencje, które odbyły się na weekend. Szok! W piątek kombinację, sobotę zjazd i w niedzielę giganta. Dziś słyszałem w tv, że taka sztuka ostatni raz udała się 40 lat temu jakiemuś francuzowi. Wielki szacun dla Carlo Janki, facet dopiero ma 23 lata a pokazał pazury. Nawet wielcy zjazdu: Cuche i Svindal musieli uznać wyższość młodziaka, co prawda stracili setne sekundy: odpowiednio 0,02s i 0,04s to jednak byli gorsi.
Niedziela
W ten dzień raczej odpoczywałem i oglądałem giganta mężczyzn: pierwszy przejazd jeszcze w Gubinie drugi już w ZG. Ciekawostką była wywrotka francuza Fanary, nic się w sumie facetowi nie stało, ale wyglądało to dosyć groźnie. Zresztą poniżej widać wszystko – wypadek jest tak cirka w połowie. Taki to już jest ten sport: przyjemny ale i ryzykowny.

Categories: Living, Narty, Różne | Tags: , | 1 Comment

Idzie jesień

September 7th, 2009

Może jeszcze tego nie czuć, ale idzie. Poranki są coraz zimniejsze, a i w ciągu dnia słońce nie rozpieszcza – w końcu to wrzesień. W weekend wystartowało Winobranie. Póki co zimno i chłodno, przeszedłem się tylko w sobotę po starociach i to tylko z powodu odwiedzin sklepu elektronicznego. Jest jak zawsze – ot taki jarmark: straganiki, budki z żarciem, poza tym miód i powidło – czyli wszystko i nic. Jako oficjalny trunek całej imprezy sprzedawane jest wino z Portugalii. Tfu! A gdzie lokalni winiarze i ich napój? Mieliśmy iść w niedzielę na Myslovitz, na planach się skończyło. Było zimno (coś koło 10 stopni), nikt ze znajomych się nie wybierał, ponadto dopadłem się do fajnego kryminału Aleksandry Maryniny – “Gra na cudzym boisku”. I tak zamiast marznąć wśród pijanej tłuszczy w ciepłym łóżku pochłaniałem strona za stroną, aż wyczytałem wszystko do końca. Na szczęście drobny zapasik lektur na jesienno-zimowe wieczory sobie zrobiłem: 2 pozycje Krajewskiego (jedna napisana do spółki z Czubajem), Kapuścińskiego “Wojna futbolowa” oraz kilka kryminałów L.J. Braun z kotem w roli głównej. Powinno wystarczyć, choć coś pewnie w łapy wpadnie w między czasie. Tak jak to było z wyczytanym w niedzielę kryminałem, okazyjnie kupionym za 7 PLN w Auchan, a wygrzebanym niedawno gdzieś w jakimś koszu. Chyba porządki robili przed szkołą i potrzebne było miejsce na zeszyty. Wracając do niedzielnego koncertu, czytając komentarze i opinie w necie cieszę się, że nie poszliśmy: ludzie narzekali na nagłośnienie, na tłuszczę sikającą dosłownie “przed siebie”, na fetor moczu, wymiocin itd. Weekend więc minął – był zimny i dżdżysty, od dziś zmiana – przez kolejne kilka dni ma być ciepło i przyjemnie. Zobaczymy. Póki co korzystam, dziś byłem na małej wycieczce rowerowej – jak zwykle z Martinezem. Jeszcze w krótkich rajtkach i na krótki rękawek ale czasami chłodek wrześniowy dawał się już we znaki. Jutro powtórka, oby było więcej niż dzisiejsze 20 km, dziś udało się tylko wykroić 1,5 h na przejażdżkę. Mam taką nadzieję, że uda mi się jeszcze tej jesieni dobić do 1,5 tys. km. Taki skromny rowerowy plan, bo po jesieni będzie już tylko zima a w zimie to już tylko dwie deseczki i ziu – z górki na pazurki. Choć to jeszcze 4 miesiące…

Categories: Bicykl, Czytanko, Living, Muzyka | Tags: , , | 1 Comment

Wino rocznik 2008 gotowe

February 2nd, 2009

Wino rocznik 2008

Ostatni etap robienia wina ukończony. Niespodziewanie miał miejsce w niedzielę 1-go lutego, w Gubinie – no bo w końcu tam gąsior sobie zalegiwał. Przyszła w końcu i na niego kreska…

W sumie wyszło 16 flaszek dobrego winka, jak to piszę to właśnie jestem po fazie testów :), wypadły baardzo pozytywnie  – zdrowie wszystkich tych co piją winko, łażąc po necie! Niech co niektórzy z Polytyków zrozumieją, iż to nie grzech. In vino veritas!!!      Trochę mnie poniosło…

Na zdjątku widać, że ze swoim produktem “podszyłem się” pod Cabernet Sauvignon, trunek dość często goszczący na mym stole podczas posiłków – przez co byłem w posiadaniu sporej dawki butelek po nim. Co za tym idzie, mogłem cały kupaż wlać do jednakowych butelek – i to praktyczne, bo jeden plon w jednakowych menzurkach rozlany, i to  ładne – na półce pięknie się prezentuje kilkanaście jednakowych opakowań.

Oczywiście jest parę osób który pomogły mi w tym dziele, pragnę im za to podziękować w tym miejscu – bez nich ten wspaniały trunek nie zostałby tak naprawdę wyprodukowany.

Pozostało tylko smakować, udoskonalać recepturę, powiększać produkcję i pić…

Na zdrowie!

Categories: Living | Tags: | 2 Comments

Chemiczny Ali

May 2nd, 2008

Dziś z chemią ruszyłem na winorośl. Kupiłem dwie paczki Dithane, preparatu grzybobójczego i dawaj pryskać. Gogle na oko, opryskiwacz na plecy, lanca do łapy i jak Don Kichot – bij zabij grzyba. Głównym celem była winorośl, ale oberwało się również brzoskwiniom. A co. Grzyba tępić trzeba, zwłaszcza gdy niejadalny. Siedem litrów fungicyda wylałem na rośliny, trochę mi to zajęło w sumie. Niestety po robocie znalazł się jeden problemik – zaczęło kropić. Shit! Na szczęście na dobre się nie rozpadało, ale mimo wszystko trochę pokapało, miejmy nadzieję że wszystkiego nie zmyło. Oby bo całą robotę szlag by trafił, a co gorsza nie będzie z czego wina zrobić we wrześniu.

Categories: Living | Tags: | No Comments