Dawno nie smarowałem

May 20th, 2009

No więc nadaję:

Jest środa, leci ostatni mecz z cyklu Pucharów UEFA. W roku następnym zamierzają zmienić nazwę, choć może i zasady też – tego do końca nie wiem – w każdym bądź razie kibicuję chłopakom z Doniecka. Wiadomo, mają w składzie Lewandowskiego wszystko więc jasne, poza tym przeciwnikiem jest wróg odwieczny…

Przypałętał mi się jakiś cholerny katar. Trwa to już tak od poniedziałku – nochal mam jak kartofel, w kółko smarkam i kicham. A jak nochal zapchany w nocy, gdy śpię to oddycham przez usta, przez co od razu atak na gardło następuje. Tak to dziadostwo się we mnie wykluwa: nochal -> gardło, jak dojdzie do tego jeszcze jakaś temperatura to będę ugotowany. Póki co staram się nie dopWieża Bismarckauścić do rozwoju wydarzeń, ale jak będzie zobaczymy.

A było tak fajnie – od niedzieli pogoda dopisuje – pojeździłem nawet rowerkiem,  jak zwykle z kolegą Marcinem. Tutaj mała ciekawostka. Wybraliśmy się na wycieczkę w stronę wieży Bismarcka, by potem przez Wilkanowo i cegielnię wrócić do ZG. Takie były plany :). Oczywiście zjeżdżając z wieży pomyliliśmy kierunki i zamiast spokojnej jazdy w stronę domu wyszedł niezły MTB. Pod górkę i z górki, do góry i w dół – jakiś szalony szlak dla fanów Nordic Walking. Marcin podejrzewam na góralu problemów nie miał, ja na szosówce trochę się napociłem. Jak się ma opony o szerokości 1 1/4 cala to każdy ruch kierownicą na byle piasku może się fatalnie zakończyć. Tak oto wylądowaliśmy z drugiej strony naszego docelowego miejsca, czyli na basenie przy Ochli. Fajny to w sumie widok kiedy woda jest z niego spuszczona – betonowe klepisko wykonane z sześciokątnych kostek ,czyli popularnej trylinki na której sterczą ślizgawki i inne żelastwa. Przy basenie nastąpił pierwszy cios w rower Marcina. Nim dojechaliśmy do bramy wejściowej i parkingu nie było już powietrza w przednim kole. Flak. Złapał gdzieś gumę: może jakiś kolec pit stop w Ochliod akacji, jakieś szkło – ciężko zgadnąć. Ale byliśmy na to przygotowani – kolega posiadał zapasową dętkę więc spokojnie zabrał się za wymianę. Poszło gładko – mały problem wystąpił gdy dętka przy wentylku zaczęła wypychać oponę poza felgę, ale to przez to że Marcin od razu dokręcił dętkę na maksa do koła. Problem błahy i szybko go pokonaliśmy. Jedziemy więc dalej: kierunek – amfiteatr. Ta… Zjeżdża się tam bajecznie – jest potężna adrenalina: pędzi się na złamanie karku, wiatr targa włosy, zakręty na piasku graniczą z wywrotką – cudo! Z podjazdem nie jest już tak kolorowo, namachać się trzeba zdrowo, gdy ma się jeszcze kilkanaście kilometrów w nogach to jest naprawdę ciężko. No, ale my nie damy rady? Pewnie, że daliśmy! Zdyszani i mokrzy ale dobrnęliśmy. Przy amfiteatrze mała pauza, całkowicie zasłużona. Teraz tylko z górki i w domu. Zjechaliśmy sobie Wyszyńskiego, potem ścieżką nad mrowiskiem, koło więzienia i … dupa. Znowu guma, znowu u Marcina. Dla odmiany tym razem tylne koło. No szlag by to trafił. Rozumiem to, że dętka strzelić może,  ale żeby dwie i to na jednej eskapadzie? Tego jeszcze nie widziałem. W każdym bądź razie był to koniec wycieczki – Marcinowi zabrakło dętek :) . Podprowadziłem go pod Castoramę i tam był kres wspólnej wycieczki – on dreptał ze swoim rowerem, ja pojechałem na obiad.

Miały być szparagi, specjalnie poszliśmy z żoną w niedzielę na giełdę, ale niestety – kiszka… Wspomniane warzywo miał tylko jeden facet i to w opłakanym stanie. Trzeba było zadowolić się zwykłą surówką. Sam wypad na giełdę ogólnie udany – kupiłem dwie książki: Grzesiuka – Boso ale w ostrogach, oraz opowiadania Raymonda Chandlera. Pierwszą z sentymentu – kiedyś już ją czytałem, ale jako że była dość zabawna, postanowiłem sięgnąć do niej raz jeszcze, drugą z ciekawości – nazwisko gdzieś mi się o uszy obiło – poza tym to kryminał, dział więc w którym ostatnio gustuję. Grzesiuk poczeka chyba do wakacji, natomiast Chandlera zdążyłem skonsumować już dwa opowiadania – całkiem, całkiem muszę przyznać. Na przeczytanie czeka również Krajewski w duecie z Czubajem oraz Mankell – prawdopodobnie obie wezmę na wakacje, które w tym roku zapowiadają się bajecznie! Ale o tym będzie jeszcze czas napisać.

No i wracając do początku: mecz właśnie się zakonczył, wygrał Szachtar. I o to chodziło! Gratulacje. Podwójne dla Mariusza Lewandowskiego, za flagę!

Categories: Bicykl, Czytanko, sport | Tags: , , , , | No Comments

Dżuma w Breslau

November 27th, 2007

Właśnie wyczytałem całą książkę Marka Krajewskiego. Trochę mi to co prawda zajęło, cirka 3 tygodnie, ale tak to już z czasem jest, iż bardziej go nie ma niż jest. Wiadomo robota, obowiązki oraz inne bardziej przyziemne sprawy przeciągnęły trochę zakończenie. Co można powiedzieć o kolejnym dziele Krajewskiego: na pewno jak inne jego powieści świetnie się czyta.Wartka akcja, oparta w ciekawej scenerii przedwojennego Breslau, oraz nietuzinkowy główny bohater, to wszystko sprawia, że można się trochę zapomnieć i się zaczytać. Opisywać całości nie będę – kto chce niech kupi książkę i dowie się więcej – dodam tylko, że zwrot akcji jest i to dosyć niespodziewany. Ci co lubią kryminały, na pewno docenią nową powieść Krajewskiego, reszta niech sprobuje, ja się wciągnąłem. Do tego stopnia , iż posiadam wszystkie pozycje książkowe w których pierwsze skrzypce gra Eberhard Mock. Niestety wszystkie przeczytane …

Zostaje postawić pytanie: Panie Marku kiedy coś następnego?

Categories: Różne | Tags: , , | 1 Comment