Basen

November 23rd, 2013

Dziś z juniorem byliśmy na basenie. Tak naprawdę to był on, o sobie nie mogę powiedzieć abym wypoczął i się zrelaksowal – choć w sumie takie było założenie: Borysek się integruje a tata pilnuje aby wszystko przebiegało zgodnie z planem. Plan planem, a życie życiem. Zaczęło się normalnie: czyli lekkim fochem i brakiem chęci do wchodzenia do baseniku pełnym dzieci. Ale od czego jest stary: trochę zachęty, perswazji i wygłupów i już latamy w brodziku. Do czasu…. Borysek nie strzelał dziś “dwójki” tak więc zaczyna próbować coś z siebie wydusić. W basenie! Pełno dzieci, dookoła rodzice a mój młody zaczyna napinać się i dusić “kreta”. A pieluchy na tyłku nie ma. Ło matko, nie wytrzymałem ciśnienia – lecę z Borysem do szafki po pieluchę. Oczywiście kolejny ryk bo zabieram go z basenu. Zmieniamy kąpielówki na pieluchę i z powrotem do wody. Sielanka nie trwała długo: mały dusił, dusił i wydusił – a jakże w basenie. Kierunek szatnia: Ja, Borys i bomba biologiczna. Co się umordowałem: Borys ryczy i się kręci, kupa prawie wyłazi z mokrej pieluchy, a ty stary trzymaj jedną ręką synka, a drugą odwalaj czarną robotę. Uff… jakoś się udało – wracamy do basenu. Można powiedzieć, że dopiero od tego momentu zaczęła się zabawa. Borynio najpierw zatykał paluszkiem dziurki w sikającym jeżu na środku, potem rzucaliśmy sobie plastikową zabawkę. Radość i uśmiech małego – bezcenne. Ja tym razem trochę bardziej przypatrywałem się jego zachowaniu: neurologopeda chyba się nie myli z diagnozą pod kątem SI. Borysek niechętnie wchodził do wody, jeszcze z większą niepwenością podchodził pod sikającego jeża – tryskająca woda nie sprawiała mu jakoś przyjemności. Co innego zatykanie dziurek w tej mini fontannie – to było coś. Jest też w baseniku dinozaur któremu z dzioba wypływa strumień wody – obrzydliwa rzecz wg. niektórych: junior za nic nie dał się przekonać aby wejść pod niego. Jedno na co było go stać to wyciągnięcie rączki i jeszcze szybsze jej cofnięcie. Brr… Pod koniec jednak trochę się rozbrykał: rzucaliśmy sobie gumową zabawkę i mały z chęcią ją wyciągał z dna i odrzucał. Oj, było ciacho na buźce. Niestety nasz czas dobiegał końca i trzeba było sie ewakuować – Borynek znów zapłakał – tym razem z powodu przerwania fajnej zabawy. Ech… zawsze coś. W szatni z małym nie ma lekko: ubrać go a potem siebie to nie taka prosta sprawa w pojedynkę. Ale udało się. Jeszcze tylko suszenie i wychodzimy… do sali zabaw! A co! Jak się bawić, to na całego. W małpim gaju kolejne uspołecznianie – zauważyłem, że plastikowe piłki do których się ląduje ze ślizgawki nie są już tak obrzydliwe jak przy ostatniej wizycie w podobnym przybytku – może się już trochę z nimi oswoił? Potem jeździliśmy platikowmi autkami, zjeżdzaliśmy ze ślizgawki a nawet skakaliśmy na trampolinie. Działo się! Po półgodzinnnym szaleństwie zwinęliśmy się do domu. Dzień z tatą dobiegł końca. Uff.

Categories: sport, Tata | No Comments

Triathlon – czyli z wizytą w CRS’ie

March 9th, 2012

Idzie wiosna, nieubłaganie. Bęben mi ciąży okropnie po zimie – mało jakoś sportowy tej zimy byłem. Obżarstwo i bezruch. Od czasu to czasu zaliczałem właśnie wypad do CRS’u, ale chyba ostatnio częściej bywam tam jako kibic Zastalu, a nie jako fan sportu. Dziś pierwszy etap akcji: zrób coś z sobą. Zacząłem z grubej rury: bieżnia + basen + sauna. Trochę dałem d… z pakowaniem na wszystkie przybytki – okularów do pływania w ekwipunku zabrakło – ale jakoś radziłem pływając pseudo-żabką (z łbem ponad taflą), tudzież na plecach. Ale po kolei: początek całej wyprawy należy rozpocząć w mnniejszym pokoju – gdzie to Borysek na ojca “rąkach” i z butlą w ustach odleciał spać. Zielone światło! Migiem pod halę tojką – wiem wiem, z 10 minut jest – ale to 10 minut krócej relaksu. Lecę najpierw na bieżnię – 3-cia z kolei dopiero normalnie działała – taki peszek początkowy. No ale lecę – pobiegałem cirka 20 minutek, zwiększając sobie od czasu do czasu to prędkość to kąt nachylenia. Jeszcze minut kilka i jęzor bym sobie nadepnął… Uff. Potem minuta na “slow motion” i złapanie oddechu i dalej na basen, aby zdążyć przed 21-sza. Za 8 odbijam się na czytniku. Przebieralnia po drodze, tutaj kolejne zaskoczenie – spotykam faceta przy wejściu na basen. Co sie okazuje 3 posty niżej jest na fotce. Dodam, że nie z rodziny… Dalej to na tor – wiadomo, wiadomo już też, że nie miałem okularów. No i jak pływałem również. Po paru długościach poszedłem na bicze wodne (Jak się nazywa suka na basenie? ;) – taki ostatnio dowicp od ucha doleciał… ). Kilka dni temu szarpnąłem się z UPS’em w robocie i coś tam strzyknęło w kręgosłupie. Kwazimodo od razu ze mnie się nie zrobbił, ale bolało dni kilka. Kolejny etap to sauna, tam niestety tylko 2 sety – 1 x fińska gorący (na górnej półce), oraz raz w mokrej – pary tylko nie było, i musiałem wężem polewać czujnik – po 9:30 ludków brak. A kilka chwil po 10-tej siedziałem już w domu. Bardzo wyczynowe 1,5h.

Categories: sport | Tags: , , | 1 Comment

Zastal vs AZS Warszawa

January 5th, 2012

Od jakiegoś czasu zrobiłem się fanem koszykówki. Tej naszej zielonogórskiej, tej którą mogę zobaczyć na żywo i kibicować. Bo oglądanie w TV to nie to samo. Emocje nieporównywalne. Ale nie ma co się rozpisywać – ten kto był na żywo na takiej imprezie ten wie o co biega. Dziś nasi grali z AZS-em ze stolicy. Oj Warszawka cienko przędzie w kosza. Pani Hania mogłaby grosza kopsnąć jakiegoś grosika drużyna i zmotywować chłopaków do gry. Obawa była, że mecz w ogóle się nie odbędzie z powodów finansowych, jednak jakoś udało się ekipie z Warszawy dotrzeć i rozegrać spotkanie. Zastal dominował na parkiecie praktycznie przez cały mecz, w 3 kwarcie nasze chłopaki trochę się zagubili, jednakże szybko przyszło otrzeźwienie i opamiętanie. Ba! Przeciwnikom udało doprowadzić się do remisu w pewnym momencie było fifty:fifty, jednakże trener wykonał kilka roszad na parkiecie i znów zdobyliśmy przewagę, której nie oddaliśmy do końca spotkania. W czwartej części meczu do głosu treneiro dopuścił drugi granitur: zagrali Matczak oraz oba Chodkiewicze, natomiast Walter Hodge był w dniu dzisiejszym mało eksploatowany – wydaje mi się, że łącznie nie zagrał więcej niż kilka minut. Nie był to więc mecz gwiazd, ale cieszy kolejne zwycięstwo. I oby tak dalej. Może jakoś uda się uzyskać awans do Play-off. Czego chłopakom z drużyny, kibicom oraz sobie życzę. O!

Categories: sport | Tags: , | No Comments

Falubaz vs. Unia finał ekstraligi żużlowej 2011

October 4th, 2011


Byłem i ja. Raz w roku iść można, zwłaszcza na finał. A co! Impreza przednia w sumie, miejsce w pierwszym rzędzie, no po prostu kultura. Co prawda przy bandzie trochę sypie z toru, ale kto by się tym przejmował, ważne że widać było wszystko jak na dłoni i można było robić super fotki. Czad. Jak to zwykle (trochę szumnie powiedziane) na żużlu bywa byłem z brygadą Ślusarzy: Senior, brat i Daniel oraz kolegą Radkiem – 5-ciu wspaniałych. Bilety deko drogie 90 PLN to nie przelewki, ale finał rządzi się swoimi prawami, poza tym miejsce numerowane, można więc było przyjść na ostatnią chwilę. Na szczęście ja nie kupowałem biletów ale to co się działo to przechodzi ludzkie pojęcie – tatko Ślusarz stał cirka 5h w kolejce po nasze bilety, słyszałem również o przypadkach kiedy ludzie stali i po 10h i dostali 2 ostatnie bilety. Wariactwo w czystej postaci, ja do takich poświęceń zdolny bym nie był, ale wierni fani i owszem. No ale do rzeczy. Jak przystało na oprawę finału było na bogato: latały żelazne, po meczu feta na mieście, przejazd autobusem cabrio przez miasto, fajerwerki – prawie jak w Barcelonie po finale LM, tyle że na mniejszą skalę. Impreza na 100 fajerek, w sumie to i dobrze, większego wydarzenia sportowego w ZG próżno szukać. Po meczu w Lesznie do odrobienia były 4 pkty – pikuś. Udało się z nawiązką. Były momenty grozy, kiedy wydawało się, że Leszno ma szansę na zbliżenie się do nas, ale to była tylko teoria: prowadziliśmy od początku do końca. Falubaz w dniu finału był po prostu nie do zatrzymania, przegraliśmy w sumie może ze 3 biegi, ostatni z nominowanych okazał się porażką, ale już wtedy było wiadomo, że ZKŻ ma mistrza i chłopaki może trochę odpuścili. No bo i po co się spinać jak tytuł już w kieszeni, a żużel to sport jednak urazowy, przykład Dobruckiego który po ostatnim wypadku postanowił zakończyć karierę jest tutaj najlepszym przykładem. Wygraliśmy więc zdecydowanie, na uwagę zasługuje postawa Dudka, który przywiózł chyba więcej punktów niż Jonson. Po meczu koronacja – Falubaz odgryzł się za zeszły rok Unii, która broniła tytułu – drużyny zamieniły się w tym roku miejscami na podium. Po koronacji fajerwerki, oj prezes Dowhan wydał parę złotych na oprawę, dawno takiego pokazu nie widzialem – było na bogato. Na tym mniej więcej zakończyła się impreza przy W69, szaleństwo miało trwać dalej przy palmiarni, dokąd zawodnicy udali się otwartym autobusem. I trwała do około 2-giej, dopóki nie doszło no tragicznego wypadku, który zepchnął na drugi plan triumf zielonogórskich żużlowców. Szkoda, bo na drugi dzień cała Polska mówiła tylko o zamieszkach jakie miały miejsce po wypadku w którym zginął młody mężczyzna potrącony przez policyjny samochód, wywalczony tytuł jakby nie istniał. Trudno. W każdym bądź razie dla mnie ten dzień był przede wszystkim wydarzeniem sportowym, dla tych którzy myślą podobnie kilka fotek z przebiegu finału.

Categories: sport | Tags: , , | No Comments

Poranny basen

July 5th, 2011

Kolega Marcin, ten od wycieczek rowerowych podrzucił mi fajny pomysł: poranny basen. Mówi, że sam chodzi i jest zadowolony, przed pracą machnie kilka długości akwenu i siup do roboty. Postanowiłem spróbować i ja. Co prawda moja natura i sposób egzystencji niekoniecznie predestynują mnie do porannego wstawania (poobiednia drzemka, klikanie do późnych godzin nocnych) ale postanowiłem spróbować. Nastawiam budzik na 6:50 i cirka 20-25 min później jestem już w basenie. Daleko nie jest, ale jako, że rano minuty są w cenie to podjeżdżam ten kawałek autem. Najgorzej się zamoczyć i zrobić 2 pierwsze długości, potem już idzie. Z reguły udaje się wykonać 30-40 długości w zależności ile mam czasu. Czas 10-ciu czyli 250m to około 10 min, kilometr to 40-ci, łącznie więc z dojazdem, wysuszeniem godzinka pęknie. Ogólnie bardzo przyjemna rzecz – mało ludzi w tym czasie z basenu korzysta i praktycznie każdy ma tor dla siebie. Poza tym po takim rannym pływaniu człowiek czuje się rześki i pełen energii na cały dzień. Zawsze to jakieś urozmaicenie dla bicykla, biegania bądź siłowni. Póki co byłem może z 4-5 razy o takiej porze, ale jak się uda chciałbym 2x w tygodniu taki trening robić. Oczywiście wszystko zależy od tego jak rozwinie się sytuacja rodzinna, czuję, że na początku życia w trójkę może być z tym problem, ale jak już przyzwyczaimy się to uda się wygospodarować te 2 godzinki tygodniowo. Oby…

Categories: sport | Tags: , | 1 Comment