Falubaz vs. Unia finał ekstraligi żużlowej 2011

October 4th, 2011


Byłem i ja. Raz w roku iść można, zwłaszcza na finał. A co! Impreza przednia w sumie, miejsce w pierwszym rzędzie, no po prostu kultura. Co prawda przy bandzie trochę sypie z toru, ale kto by się tym przejmował, ważne że widać było wszystko jak na dłoni i można było robić super fotki. Czad. Jak to zwykle (trochę szumnie powiedziane) na żużlu bywa byłem z brygadą Ślusarzy: Senior, brat i Daniel oraz kolegą Radkiem – 5-ciu wspaniałych. Bilety deko drogie 90 PLN to nie przelewki, ale finał rządzi się swoimi prawami, poza tym miejsce numerowane, można więc było przyjść na ostatnią chwilę. Na szczęście ja nie kupowałem biletów ale to co się działo to przechodzi ludzkie pojęcie – tatko Ślusarz stał cirka 5h w kolejce po nasze bilety, słyszałem również o przypadkach kiedy ludzie stali i po 10h i dostali 2 ostatnie bilety. Wariactwo w czystej postaci, ja do takich poświęceń zdolny bym nie był, ale wierni fani i owszem. No ale do rzeczy. Jak przystało na oprawę finału było na bogato: latały żelazne, po meczu feta na mieście, przejazd autobusem cabrio przez miasto, fajerwerki – prawie jak w Barcelonie po finale LM, tyle że na mniejszą skalę. Impreza na 100 fajerek, w sumie to i dobrze, większego wydarzenia sportowego w ZG próżno szukać. Po meczu w Lesznie do odrobienia były 4 pkty – pikuś. Udało się z nawiązką. Były momenty grozy, kiedy wydawało się, że Leszno ma szansę na zbliżenie się do nas, ale to była tylko teoria: prowadziliśmy od początku do końca. Falubaz w dniu finału był po prostu nie do zatrzymania, przegraliśmy w sumie może ze 3 biegi, ostatni z nominowanych okazał się porażką, ale już wtedy było wiadomo, że ZKŻ ma mistrza i chłopaki może trochę odpuścili. No bo i po co się spinać jak tytuł już w kieszeni, a żużel to sport jednak urazowy, przykład Dobruckiego który po ostatnim wypadku postanowił zakończyć karierę jest tutaj najlepszym przykładem. Wygraliśmy więc zdecydowanie, na uwagę zasługuje postawa Dudka, który przywiózł chyba więcej punktów niż Jonson. Po meczu koronacja – Falubaz odgryzł się za zeszły rok Unii, która broniła tytułu – drużyny zamieniły się w tym roku miejscami na podium. Po koronacji fajerwerki, oj prezes Dowhan wydał parę złotych na oprawę, dawno takiego pokazu nie widzialem – było na bogato. Na tym mniej więcej zakończyła się impreza przy W69, szaleństwo miało trwać dalej przy palmiarni, dokąd zawodnicy udali się otwartym autobusem. I trwała do około 2-giej, dopóki nie doszło no tragicznego wypadku, który zepchnął na drugi plan triumf zielonogórskich żużlowców. Szkoda, bo na drugi dzień cała Polska mówiła tylko o zamieszkach jakie miały miejsce po wypadku w którym zginął młody mężczyzna potrącony przez policyjny samochód, wywalczony tytuł jakby nie istniał. Trudno. W każdym bądź razie dla mnie ten dzień był przede wszystkim wydarzeniem sportowym, dla tych którzy myślą podobnie kilka fotek z przebiegu finału.

Categories: sport | Tags: , , | No Comments

Dalsze przygody Boryska

October 1st, 2011

Dawno nic nie pisałem, jakoś brak czasu i weny nastąpił. I sił. Od rana do wieczora świat się kręci wokół Borysa, jedyna luka to wyjście do roboty. Żona ma trochę gorzej – ona tych luk nie ma prawie wcale: czasami się wyrwie do jakiegoś “markieta” tudzież galerii. I to tyle. Idzie się zmęczyć przy dziecku, oj idzie. Nasz egzemplarz dodatkowo jest jakiś wyszukany – przynajmniej nam się tak wydaje: mało śpi, ma kolki, ponadto Ewa musi bardzo uważać co je – mały nie toleruje co niektórych wynalazków w menu żony. Poza tym łazimy z nim na rehabilitację – jak pisałem wcześniej mały upodobał sobie jedną stronę i z reguły na nią kładzie głowę. Walczymy z tym dość regularnie i przynosi to efekty. Neurolog kazał stosować 2 metody: NDT-Bobath oraz ćwiczenia wg. Vojty. O ile te pierwsze są metodami tzw. zabawowymi – polegają na zabawie z maluchem i jego odpowiednim układaniu/noszeniu podczas zabaw, to metoda Vojty jest bardziej drastyczna: dziecko trzeba unieruchomić w nienaturalnej pozycji i przytrzymać we wskazanych na ciele punktach przez 20s. Przyznam, że trochę krzyku przy tym jest, no ale kto lubi być męczony. Trochę jest nam go żal, ale trudno – ćwiczenia są wykonywane dla jego dobra, aby w przyszłości nie był jakimś “kwazimodo”. Na szczęście widać już rezultaty ćwiczeń – mały śpi czasem na drugim boku, kręci głową we wszystkie strony, nie ma jakiś przykurczów ani innych dolegliwości. Byliśmy z nim również ostatnio na USG bioder, w głowę zachodzę co oni tam widzą na tym USG, podobne miałem wrażenie, jak Ewa przed porodem miała wykonane badanie ultrasonografem. Szum na ekranie jak w tv po zakończeniu emisji, dla mnie magia kompletna, ale dla fachowca okazuje się, że nie – Borysek pierwszy test na bioderka przeszedł wyśmienicie: nie ma żadnych problemów, “ma piękne punkty zaczepienia” jak to fachowo określiła Pani badająca nasze maleństwo. I tak mniej więcej minął drugi miesiąc życia naszego synka. Spacerujemy z nim ostro – pogoda dopisuje to żal nie chodzić, poza tym Borysek najlepiej śpi na dworze. Potrafi ze 2h pospać w wózku, w łóżeczku w ciągu dnia takie rzeczy się nie zdarzają. Nadchodzący weekend zapowiada się fantastycznie – ma być ciepło i bezchmurnie – nic tylko łazić z wózkiem. A więc do zobaczenia na autostradzie wózkowej przy ul. Rzeźniczaka

Categories: Tata | Tags: , | No Comments