Rokytnice nad Jizerou

March 23rd, 2010

Byłem w sobotę.

Categories: Narty, sport | Tags: , , | 1 Comment

Sobota w Rokietnicach

March 14th, 2010

Nic to, że pogoda niczego dobrego nie wróżyła: miało śnieżyć lub padać, na dokładkę silny wiatr mógł całkowicie pokrzyżować szyki – no bo jak zamkną kanapę to dupa zbita. Miało też padać u nas – TVN straszył nawet gołoledzią. Jak się mocno chce, to nie ma takich przeszkód których nie można by przeskoczyć. Pojechaliśmy w trójkę: Ewunia, kolega z pracy Mariusz no i ja, niestety jako kierowca. To między innymi jeden z minusów w jednodniowych wyjazdach: 430 km przejechanych za kółkiem. Jeszcze droga w góry to pół biedy: człowiek napalony, wyspany więc jedzie, gorzej jest zawsze z powrotem, kiedy po 5 godzinach na nartach trzeba wracać. Jechaliśmy tym razem krótszą drogą: przez Kożuchów, Bolesławiec i Lwówek Śląski. Trochę obawiałem się o dziury – zawsze na tej drodze niezłe cuda można spotkać, ale o dziwo trasa była OK. Oczywiście kilka “kraterów” musiałem ominąć – ale która teraz droga w Polsce jest bez dziur? Przy stoku byliśmy kilka minut po 10-tej, wdrapaliśmy się na górny płatny parking na którym co dziwne były jeszcze wolne miejsca. Szybka kanapka, przebieranko i na stok. Niestety pogoda taka sobie, szaro i śnieży, na szczęście wszystkie wyciągi pracują normalnie. Jedziemy do góry, pierwszy zjazd do drugiej, tej właściwej kanapy. Musiało spaść w nocy dobrych 10 cm śniegu, jeździ się ciężko po niezratrakowanym śniegu. Na stromiznach tworzą się muldy, ale ogólnie fajnie – jak to na nartach. Sytuacja zmienia się po kilku zjazdach: zamiast śniegu z nieba zaczyna padać marznący deszcz. Efekt jest taki, że co 300-500 metrów należy stanąć i rozmrozić gogle – marznący deszcz zamarza momentalnie na szybce uniemożliwiając jazdę. Zaczyna nas to już trochę męczyć, robimy więc mała przerwę na kawę i coś na ząb. Ciągle pada, wybieramy knajpę pod dachem – Lowczenkę. W środku chuczy od ludzi, jest 13:30 dobra więc pora na obiad. Posileni smażonym serem oraz kawą wracamy na stok – jeszcze dobre 2 godziny przed nami. Mariusz jako, że pierwszy raz  tym roku ubrał deski, puścił się w wir białego szaleństwa. Chciał się chłopina wyszaleć, więc z reguły szedł “na dokładkę” na kanapę, podczas gdy my spokojnie swoje odstawaliśmy w kolejce. Po 14-tej kolejka się mocno zmniejszyła i załadunek na kanapę trwał raptem kilka minut. Ot taki drobny plusik. Niestety marznący deszcz nie odpuszczał, do tego muldy ciągle rosły –  jeździło się coraz ciężej. Rozwiązanie problemu nastąpiło samo: Czesi zamknęli kanapę na szczyt – prawdopodobnie marznący deszcz stwarzał zagrożenie dla przewozu osób. Ostatnie dwa zjazdy wykonaliśmy na małej kanapie, mnie zachciało się zakosztować free ride’u i pojechaliśmy pod wyciąg na dziewiczy śnieg. Delikatnie rozpędzony wjechałem w puchowy śnieg. Może z 5 metrów przejechałem, jak  poziom głowy i nóg wyrównał się. Dawno tak pięknego nurkowania do przodu nie zaliczyłem, prosto twarzą w śnieg – póki co free ride chyba jednak nie dla mnie :). I to był koniec na dziś, karnety się skończyły (5 godzin mija szybko), trzeba się było zbierać w drogę powrotną. Jeszcze tylko wizyta w sklepie po piwo, musztardę oraz czekolada studencka i do domu.

Jak to się dzieje, że wszystkim innym krajom opłaca się montować automaty na butelki zwrotne i gospodarować surowcem wtórnym? U nas tylko jakiś debilizm panuje: żeby oddać butelki po piwie muszę mieć paragon, że wcześniej je w tym sklepie zakupiłem. A nie daj Boże jak będę miał już kwitek, ale wezmę butelki z marką piwa którą to sklep nie prowadzi – nie ma co liczyć na oddanie i zwrot kaucji. Paranoja!

Categories: Narty | Tags: , , | 1 Comment

Jak ratowałem otoska

March 2nd, 2010

Niedziela. Zebrało mi się z wieczora na sprzątanie w akwarium – prawda jest taka, że jak ktoś chce mieć na co popatrzeć musi czasem zakasać rękawy i wsadzić łapy między ryby. Tak też zrobiłem wczoraj i ja. Plan jest standardowy: na pierwszy ogień idzie czyszczenie szyb, następnie dno + kamienie (choć te drugie nie zawsze), na koniec podmianka wody – średnio 10-15 litrów. Skrobię więc szyby: przednia pierwsza, potem boczna. Na bocznej siedział sobie przyklejony otosek i coś tam wyżerał. No mówiąc delikatnie trochę przeszkadzał mi w robocie, robię więc delikatne podchody pod niego, co by się chłopina przesunął. Jakoś niechętny do współpracy, próbuję więc raz jeszcze delikatnie podjechać pod niego drapakiem do szyb. Jak nie plumknie! Poszedł jak oparzony, zrobił to tak szybko, że straciłem go z oczu. Najdziwniejsze jest to, że usłyszałem jak coś pacnęło o podłogę. Rozglądam się wokół nóg – nie ma nic, zaglądam do akwarium – nie ma dziada! O cholera! To gdzie jest ta mała gadzina? Zaglądam za akwarium (stoi w rogu pokoju) – coś dziwnego na panelu leży. Próbuje to wymacać łapą, wykręcając ją niemożliwie – inaczej dostać się tam nie idzie. Już prawie mam, łapię ręką i … jak mi to coś nagle nie ożyje, zamiast do mej ręki, zaczyna spieprzać w drugą stronę. Uparty otosek – cholera jasna! Drugi Nemo mi się znalazł, wolność mu się zamarzyła. Uciekł mi spod łapy tak, że wyciągnąć go ręką nie sposób. Co robić? Czas ucieka, a mały zwierz dychać nie ma jak. Przestawić akwarium rady nie dam, wleź za nie również. Co robić!!! Mam! Szafka na której stoi akwa ma szufladki, zerkam na jej tył – nie ma żadnej płyty – widzę tylną cześć szufladki. Bingo! Wystarczy wyciągnąć szufladkę i capnąć łapą uciekiniera. Szybka czapa i jest w moich dłoniach. Wije się skubany, więc żyje – trochę umorusany, trochę w kurzu ale zdrów. No to ja go bach, z powrotem do zbiornika. Początkowo był silnie przestraszony, ale za czas jakiś odżył i wrócił do swoich codziennych obowiązków. Tak oto otosek dzięki sprawnej akcji przeżył chwilę grozy ale poczuł też smak wolności. Nemo jak malowany!

Categories: Akwarium | Tags: , | 1 Comment