Czwartkowy Armagedon

May 23rd, 2009

Armagedon

Categories: Foto | Tags: | 1 Comment

Dawno nie smarowałem

May 20th, 2009

No więc nadaję:

Jest środa, leci ostatni mecz z cyklu Pucharów UEFA. W roku następnym zamierzają zmienić nazwę, choć może i zasady też – tego do końca nie wiem – w każdym bądź razie kibicuję chłopakom z Doniecka. Wiadomo, mają w składzie Lewandowskiego wszystko więc jasne, poza tym przeciwnikiem jest wróg odwieczny…

Przypałętał mi się jakiś cholerny katar. Trwa to już tak od poniedziałku – nochal mam jak kartofel, w kółko smarkam i kicham. A jak nochal zapchany w nocy, gdy śpię to oddycham przez usta, przez co od razu atak na gardło następuje. Tak to dziadostwo się we mnie wykluwa: nochal -> gardło, jak dojdzie do tego jeszcze jakaś temperatura to będę ugotowany. Póki co staram się nie dopWieża Bismarckauścić do rozwoju wydarzeń, ale jak będzie zobaczymy.

A było tak fajnie – od niedzieli pogoda dopisuje – pojeździłem nawet rowerkiem,  jak zwykle z kolegą Marcinem. Tutaj mała ciekawostka. Wybraliśmy się na wycieczkę w stronę wieży Bismarcka, by potem przez Wilkanowo i cegielnię wrócić do ZG. Takie były plany :). Oczywiście zjeżdżając z wieży pomyliliśmy kierunki i zamiast spokojnej jazdy w stronę domu wyszedł niezły MTB. Pod górkę i z górki, do góry i w dół – jakiś szalony szlak dla fanów Nordic Walking. Marcin podejrzewam na góralu problemów nie miał, ja na szosówce trochę się napociłem. Jak się ma opony o szerokości 1 1/4 cala to każdy ruch kierownicą na byle piasku może się fatalnie zakończyć. Tak oto wylądowaliśmy z drugiej strony naszego docelowego miejsca, czyli na basenie przy Ochli. Fajny to w sumie widok kiedy woda jest z niego spuszczona – betonowe klepisko wykonane z sześciokątnych kostek ,czyli popularnej trylinki na której sterczą ślizgawki i inne żelastwa. Przy basenie nastąpił pierwszy cios w rower Marcina. Nim dojechaliśmy do bramy wejściowej i parkingu nie było już powietrza w przednim kole. Flak. Złapał gdzieś gumę: może jakiś kolec pit stop w Ochliod akacji, jakieś szkło – ciężko zgadnąć. Ale byliśmy na to przygotowani – kolega posiadał zapasową dętkę więc spokojnie zabrał się za wymianę. Poszło gładko – mały problem wystąpił gdy dętka przy wentylku zaczęła wypychać oponę poza felgę, ale to przez to że Marcin od razu dokręcił dętkę na maksa do koła. Problem błahy i szybko go pokonaliśmy. Jedziemy więc dalej: kierunek – amfiteatr. Ta… Zjeżdża się tam bajecznie – jest potężna adrenalina: pędzi się na złamanie karku, wiatr targa włosy, zakręty na piasku graniczą z wywrotką – cudo! Z podjazdem nie jest już tak kolorowo, namachać się trzeba zdrowo, gdy ma się jeszcze kilkanaście kilometrów w nogach to jest naprawdę ciężko. No, ale my nie damy rady? Pewnie, że daliśmy! Zdyszani i mokrzy ale dobrnęliśmy. Przy amfiteatrze mała pauza, całkowicie zasłużona. Teraz tylko z górki i w domu. Zjechaliśmy sobie Wyszyńskiego, potem ścieżką nad mrowiskiem, koło więzienia i … dupa. Znowu guma, znowu u Marcina. Dla odmiany tym razem tylne koło. No szlag by to trafił. Rozumiem to, że dętka strzelić może,  ale żeby dwie i to na jednej eskapadzie? Tego jeszcze nie widziałem. W każdym bądź razie był to koniec wycieczki – Marcinowi zabrakło dętek :) . Podprowadziłem go pod Castoramę i tam był kres wspólnej wycieczki – on dreptał ze swoim rowerem, ja pojechałem na obiad.

Miały być szparagi, specjalnie poszliśmy z żoną w niedzielę na giełdę, ale niestety – kiszka… Wspomniane warzywo miał tylko jeden facet i to w opłakanym stanie. Trzeba było zadowolić się zwykłą surówką. Sam wypad na giełdę ogólnie udany – kupiłem dwie książki: Grzesiuka – Boso ale w ostrogach, oraz opowiadania Raymonda Chandlera. Pierwszą z sentymentu – kiedyś już ją czytałem, ale jako że była dość zabawna, postanowiłem sięgnąć do niej raz jeszcze, drugą z ciekawości – nazwisko gdzieś mi się o uszy obiło – poza tym to kryminał, dział więc w którym ostatnio gustuję. Grzesiuk poczeka chyba do wakacji, natomiast Chandlera zdążyłem skonsumować już dwa opowiadania – całkiem, całkiem muszę przyznać. Na przeczytanie czeka również Krajewski w duecie z Czubajem oraz Mankell – prawdopodobnie obie wezmę na wakacje, które w tym roku zapowiadają się bajecznie! Ale o tym będzie jeszcze czas napisać.

No i wracając do początku: mecz właśnie się zakonczył, wygrał Szachtar. I o to chodziło! Gratulacje. Podwójne dla Mariusza Lewandowskiego, za flagę!

Categories: Bicykl, Czytanko, sport | Tags: , , , , | No Comments

Po weekendzie

May 12th, 2009

Jak zwykle za krótki. Jaki by nie był, zawsze za krótki. Taka chyba uroda weekendu…

Ale przynajmniej był intensywny :) Pojeździłem na rowerze, popływałem – można powiedzieć, że wszystko liczy się dodatkowo podwójnie, gdyż byłem na wyjeździe. W Gubinie dokładnie. Początkowo zamierzałem zabrać swój pojazd, ale w końcu zrezygnowałem – odkręcanie koła, upychanie wszystkiego do bagażnika, brak chęci na taką robotę. Poza tym zwoziliśmy narty na przechowanie (dekoracji w przedpokoju jednak nie stanowią …) oraz konserwację. Jak co roku wysmarowałem ślizgi woskiem co by się nie utleniały, dobra i prosta metoda na utrzymanie sprzętu w dobrej kondycji. Choć tu muszę przyznać, że marzą mi się już lepsze narty… dobra koniec o nartach. Jest w końcu wspaniała wiosna, za pasem lato, pora więc na inne sporty. Dajmy na to pływanie: w Gubinie mają fajny i czysty basen. Bywam czasami w Drzonkowie na basenie, proszę mi wierzyć: różnica jest wyczuwalna gołym okiem. Ponurkowałem więc sobie w sobotę – 30 min. pływanie, 15 masaży wodnych i kilka zjazdów w rurze (a co!) – tak w sumie bardziej rekreacyjnie, natomiast niedziela to już większy wysiłek: zrobiłem 40 basenów – jakby nie patrzeć kilometr. Może dla regularnie pływających to drobnostka, ale dla amatora jakiś wysiłek to jest.

Spieszyłem się w sumie i kilku minut na bicze wodne mi zabrakło, trudno – oglądanie F1 pociąga za sobą drobne konsekwencje. Więcej o formule pisać nie będę bo i nie ma o czym, przynajmniej w wydaniu polskim. Kubica jak ma ostatnio w zwyczaju kula się w ogonie, tym razem cały wyścig gonił Glock’a. Gonił i gonił i nie dogonił… Jeden w sumie ciekawy aspekt się klaruje: nuworysze lub teamy które w poprzednim sezonie wlokły się w końcu stawki teraz leją wszystkich wielkich: Ferrari, MCLarena czy BMW. W tym roku fenomenalny jest team BrawnGP, choć Redbull, Williams czy Toyota też radzą sobie nieźle. Wygląda to tak jakby ktoś obrócił całym cyrkiem F1 o 180 stopni. Nie jest przynajmniej szablonowo, choć zaczyna być nudno – stajnia Brawn’a bije wszystkich po pyskach równo. Tyle o formule.

Wracając do Gubina, skończyły się wyścigi, zaczął się obiad. Jak zwykle dobry – trzeba przyznać, że teściowa gotuje prima. Ogólnie rzec biorąc pojadłem na weekend, sobota zakończyła się i grillem i nie lada atrakcją: pieczonym ziemniakiem z ogniska. Coroczne porządki w ogrodzie owocują stertą gałęzi, którą trzeba potem spalić. Czemu więc nie wrzucić ziemniaka do popiołu i upiec go. Ten smak oraz zapach jest niepowtarzalny – wracają obrazy z dzieciństwa i młodości… Po sytym i smakowitym grillu, pieczony ziemniak. Mniam! I po sobocie.

Aby nie mieć wyrzutów, że znów przyjadę 2 kg bogatszy, wskoczyłem jeszcze na rower. Strój był wzięty, rower Tatko posiada, pogoda się wyklarowała – co chcieć więcej? Oczywiście najpierw doprowadzenie roweru do porządku: pompowanie kół, smarowanie łańcucha, regulacja siodełka itd. Dużo na szczęście tego nie było, siły więc zostały na wycieczkę. Fajną mają tam trasę rowerową biegnącą wzdłuż Nysy. Całość kilka ładnych kilometrów, ścieżka kończy się w Żytowaniu, niestety nie mając pojęcia w jakim miejscu jestem (prócz odległości od Gubina), pozbawiony map i gpsów musiałem zawrócić. Najładniejszy odcinek ciągnie się jednak przy Nysie: od wyspy do stadionu. Zielono, spokojnie, słonecznie – miło!  Dalsza droga już raczej standardowa, ale przynajmniej po dobrej nawierzchni – popedałować idzie. Co ciekawe znów zostałem pozdrowiony przez nieznajomego amatora dwóch kółek – kolejne pozytywne zaaskoczenie. W samym Gubinie pojechałem już inną drogą, mianowicie via PKP, Sikorskiego dotarłem do centrum. Tak 20 km pękło – 1/4 stanu licznika :), Tatko za wytrawnym bikerem nie jest…

Można więc miło spędzić czas u Teściów? Można!

Categories: Bicykl, Living, sport | Tags: , , | 1 Comment

Admin szuka zasięgu :)

May 11th, 2009

Categories: Foto | No Comments

FC Barcelona

May 6th, 2009

Barca w finale Champions League. Szok. 90 minut byc poza burtą i nagle wygrać grę w finale – szaleństwo. Ogólnie widowisko niekoniecznie najlepszej maści: mało bramek, kartki, faule – ale to wynik stawki o jaką drużyny grały. Oglądałem w sobotę mecz Real vs Barcelona – piękne widowisko. Finezja, artyzm i mistrzostwo, choć jest jedno ale: grasz tak, jak Ci przeciwnik pozwoli. Chelsea to jednak nie Real – nie pozwalał na wszystko Barcie. Prawie 90 minut byli w niebie, dopiero w doliczonym czasie wpadli do piekła. To jest piękno futbolu. Grasz do końca i nawet będąc bardzo blisko okazuje się, że wygrywasz – tyle, że wakacje…   Tak właśnie było w środę, do ostatnich minut toczyła się zacięta rywalizacja, na szczęście końcowy efekt był wspaniały. Wiwat Barca!

Został teraz finał. Kto wygra? Jestem za Barceloną :)

Categories: Różne | Tags: | No Comments