Wycieczka nad Odrę

April 30th, 2009

W środę wybrałem się na rowerową wycieczkę. Z kolegą Marcinem, poznanym jeszcze w akademiku DS3 na Polibudzie w Zielonej Górze. W sumie z tą znajomością to ciekawa sprawa, gdyż tak naprawdę w akademiku był to po prostu sąsiad z piętra, po studiach widywaliśmy się jeszcze w autobusie w drodze do pracy, a teraz czasem spotkamy się na osiedlu. I właśnie w ostatnią niedzielę, wracając z bułami z osiedlowego sklepu napatoczylismy się na siebię. Zamieniliśmy zdań kilka: on kupił sobie rower, mi wykruszył się kolega do rowerowych wycieczek – od słowa do słowa – ustaliliśmy, że trzeba się gdzieś wybrać na rowerową przejażdżkę.

I pojechaliśmy. Najpierw plan: gdzie jechać? Ja wymyśliłem Ochlę, Marcin Odrę. Wycieczki promem jednak przeważyły. Trasa miała więc wyglądać następująco: Zielona Góra – Czerwieńsk – Brody (prom) – Pomorsko (prom) – Wysokie – Łężyca – Zielona Góra. Większość drogi przebiegała asfaltem, do Przylepu dojechaliśmy tylko lasem – niestety ale szerokość opony 1 i 1/4 cala nie predysponuje do jazdy po piaszczystych leśnych drogach. Na szczęście wybrana trasa jest raczej mało uczęszczana przez samochody, bez obaw więc można było pedałować. Najpierw dojechaliśmy na lotnisko w Przylepie, kilka samolotów, trochę hałasu – jeden z nich szykował się właśnie do startu, poza tym przestrzeń, las i zieleń. Fajnie! Następnie asfaltem do Czerwieńska i dalej na prom. Kilka minut trzeba było czekać – akurat odbijał od drugiego brzegu. Tutaj krajobraz jeszcze ciekawszy – woda, naturalny krajobraz, słonko. Jeden minus to latające robale: meszki, komary i inne dziadostwo nie pozwalały w pełni rozkoszować się przyrodą – musieliśmy w oczekiwaniu na prom jeździć na rowerach w kółko – owady nie dawały żyć. Tak to jest gdy człowiek zapomni o spryskaniu skóry jakimś repelentem. Jesteśmy na drugim brzegu. Wieś Brody. Jakże inny widok, niż ten codzienny: ruchu samochodowego praktycznie brak, gdzieś przy drodze chodzący swobodnie koń, cisza i brak jakiegokolwiek hałasu, nawet powietrze inaczej tu pachnie. W słonku delikatnie smagani wiatrem jedziemy na drugi prom zlokalizowany w Pomorsku. Raptem kilka kilometrów. Tutaj niestety znowu krótki postój – prom właśnie odbił od naszego brzegu, spóźniliśmy się kilka minut. Trudno. Znowu kręcimy kółka w oczekiwaniu na prom, owady nie dają za wygraną. Przeprawa promem zakonczona, zmierzamy w kierunku ZG. Wokół pola kwitnącego rzepaku, piękny widok, trzeba tylko przyzwyczaić się do zapachu… Tak docieramy do miejscowości Wysokie – przed nami WYSOKA górka. Oj po około 30 km za sobą, pierwszy raz mam dość. Góra jest duża, pamietam ją z poprzednich lat, z tymże raczej z lepszej strony gdyż zjeżdżałem z niej, a nie odwrotnie. Muszę powiedzieć iż na rowerze zjeżdżając w tym miejscu idzie przekroczyć dozwolone prędkości. Ufff! W końcu na górze, jeszcze kilka kilometrów i będziemy w domu. Po drodze mijamy jeszczę Łężycę, i wjeżdżamy do ZG od strony Auchan. Niestety ale jakość nawierzchni pozostawia wiele do życzenia. Rowerem nie idzie tam jechać, co dopiero jakimś innym pojazdem. Może do EURO2012 coś się zmieni :).

Cała wyprawa trwała cirka 3 godziny, tak w sumie w sam raz – nie zadługo, ale i nie za krótko. Odpowiednio by poczuć ilość przejechanych kilometrów, a także odprężyć się i odpocząć od dnia codziennego. Wycieczkę taką polecam każdemu kto trochę jeździ na rowerze. Oczywiście liczyć się trzeba z tym, że nogi na drugi dzień bolą, ale to raczej taki przyjemny ból, mając na uwadze doznane wrażenia. Jednym słowem warto!

Categories: Bicykl | Tags: | 1 Comment

VooVoo na gorąco

April 23rd, 2009

Już jest po. Już niestety koniec. A było tak pięknie, wspaniały koncert, muzycznie – pyszna sprawa. Oczywiście bardziej wyszumiałem sie na Lao Che, ale tutaj szedłem z zamiarem posłuchania, poza tym byłem z żonką.  Choć nie sposób było pląsnąć tu i ówdzie, w końcu muzyka porywa. Mnie ogólnie podobało się bardzo: świetnie muzycznie koncert – dużo improwizacji i szaleństwa całego bandu, mało ludzi – bez ścisku i tłoku, do tego odpowiedni klimat. Czego chcieć więcej? Ano jeżeli chodzi o koncert to niczego. Odpowiednia atmosfera stworzona przez zespół, do tego dużo znanych utworów. Po prostu pysznie! Jak dla mnie rewelacja, zwłaszcza dlatego, iż cała nowa płyta pryktycznie została zagrana, płyta którą notabene znam najlepiej. W każdym bądź razie było wg. słów jednej z piosenki: “Ma się udać i uda się”. I udało się! Wagle jak zwykle pokazały klasę, czekać teraz trzeba na duet młodszego pokolenia: Fisz & Emade – w końcu też wydali nową płytę i niebawem powinni zagościć również w ZG. Czego sobie i wszystkim życzę.

Categories: Muzyka | Tags: | No Comments

To już dzisiaj!

April 23rd, 2009

Categories: Muzyka | Tags: | 1 Comment

Narty. Do piwnicy odmaszerować!

April 21st, 2009

Niestety. Sezon dobiegł końca. Ciężko mi z tym się pogodzić … Jakiś taki ten koniec jest z lekkim niedosytem. Chciałem jeszcze raz gdzieś pojechać, zwłaszcza że poprzednio kolega Mariusz zapoznał mnie z fajną techniką pokonywania muld. Najpierw marzył mi się Szpindlerowy Młyn, ośrodek na Świętym Piotrze: fisowska World Cup jest baardzo OK.Nie pojechałem.Trochę też przez pogodę: sobota była lekko deszczowa i nieprzewidywalna. Z kolei niedziela miała być całkowicie odmienna: słonko z lekką chmurką. Cel – Harrachov. Zalety: blisko, kanapa na czerwonej, tanio. Wad: bardzo wczesny wyjazd. Do 18-tej trzeba bylo być z powrotem. W grę więc wchodziła jazda między 9-14. Można się zmęczyć w takim odcinku czasowym. Nie pojechałem. Stąd więc taki niedosyt. Choć teoretyczne szanse jeszcze są: orczyk na Hornych Miseczkach kręcić ma się do 3-go maja, to jednak rozum podpowiada pass – po co się rozczarować. Niestety, nikt jakoś z rodziny lub znajomych nie był chętny na wyjazd, choć skłonny byłem jechać za kółkiem. Nikt mnie nie wspierał w moich planach… Trudno. Koniec. Do grudnia 8 miechów ;). Wytrzymam jakoś, zwłaszcza że zacząłem jeździć na rowerze. Bo rower to… , ech powtarzam się.

Categories: Narty | Tags: | No Comments

Lao Che

April 15th, 2009

Ano byli chłopaki w Kawonie. Ale czad! Prawie 2 godziny dobrego rockowego grania. A ile ludzi! Mnóstwo. Sam miałem bilet z numerkiem 449, wyglądało to tak, że przy końcu sali ludki cisnęli się jak sardyny. No, ale kto stał na końcu, ten trąba :) Moja skromna osoba operowała raczej bliżej sceny, rzekłbym kilka rzędów od bramek. Ustalić tego nie sposób, gdyż ciągle był tan. Jak to w kotle. Jak dawali do wiwatu, to tłum się ożywiał, a wraz z nim ja. I tak sobie skakaliśmy: we wszystkie strony, w oszałamiającej częstotliwości. Sie działo. Kości teraz trochę czuję, zmęczenie również – choć to taki pozytywny rodzaj zmęczenia: jak po nartach. Na szczęście cały czas jatki nie było, w szybkim tempie nie sposób byłoby wytrzymać 5 metrów od sceny 3 numerów z rzędu, “szybko” więc przeplatało się z “wolno”. Dużo kawałków zagrali ze starszej płyty, z Gospel oczywiście też było parę numerów, choć jak dla mnie za mało. Nie przepadam za powstańczą retoryką, i jakoś nie trafiła do mnie ta płyta, o wiele bardziej przypadła mi do gustu gospel. To właśnie dzięki utworom na niej zawartych zdecydowałem się wybrać na koncert. Trochę smutno, iż nikt ze znajomych nie wybrał się do Kawonu, ale trudno – bawiłem się i tak pysznie. Ci co nie byli niech żałują, reszcie mogę pogratulować wspaniałej atmosfery! A w następnym tygodniu zapowiada się poprawka – grać ma VooVoo, zapewne będzie znacznie spokojniej, co nie znaczy że smutno. Ale o tym  następnym razem.

Categories: Muzyka | Tags: , | No Comments