Czerwony diabeł sprzedany

March 22nd, 2009

Stało się. Pozbyłem się mojego pierwszego auta. Żal trochę ściska, ale trudno – przyszła na niego kolej. W sumie jakiegoś kłopotu ze sprzedażą nie było: w czwartek wystawiłem aukcję na portalu aukcyjnym, w niedzielę już było po wszystkim. Przyjechała ekipa spod Leszna: popatrzyli, przejechali się i wzięli. Całość trwała może z 30 minut. Poszedł za 1,4k PLN – tyle co lepszy rower, choć w dobie powodzi aut używanych sprowadzonych z UE, myślę, że i tak miałem farta sprzedając go tak szybko. Teraz została tylko Toyota – w sumie jedno auto w zupełności nam starcza, utrzymywać dwa to trochę rozpusta. Póki co idzie wiosna, zrobi się ciepło, zacznie się sezon rowerowy i jazda jednośladem.  Auto więc by tylko stało na parkingu, a w ten sposób wartości niestety nie nabiera. Tak więc koniec końców żałować nie ma co, trzeba się raczej cieszyć, iż nie musiałem dołożyć do utylizacji pojazdu z własnej kieszeni. A czerwony pewnie jeszcze kilka lat pojeździ, w końcu ma dopiero 19 lat. Tysiące kilometrów ma jeszcze przed sobą.

Podsumowując: był w moim posiadaniu ponad 4 lata, przejechaliśmy nim cirka 40 tys. km (Ziemia więc objechana!), dostarczył niesamowitych wrażeń, a przede wszystkim nauczyliśmy się na nim jeździć. Poniżej pamiątkowa fotka.

Categories: Pan Samochodzik | Tags: , | 2 Comments

Kolejny weekend w Czechach

March 11th, 2009

W poprzednim tygodniu znowu mieliśmy okazję wybrać się do Czech poślizgać się trochę. Znowu padło na Rokytnice – chyba najciekawszy ośrodek w okolicy. Niestety Szpindlerowy Młyn oraz Janskie Łaźnie są cirka godzinę dalej, wyboru więc wielkiego nie ma. No może jeszcze Harrachov, ale Rokytnice wypadają znacznie ciekawej – więcej tras, można dużo kombinować – przeskakiwać z trasy na trasy, kluczyć tu i tam, no po prostu większe możliwości.  Poza tym są też dłuższe i bardziej urozmaicone, zresztą mapka dla niedowiarków tutaj. Choć ja nie o tym miałem dziś pisać – bo w sumie jak ktoś jedzie 5-ty raz w sezonie w te same miejsce to znaczy, że musi mu się tam podobać. No właśnie wszystko byłoby fajnie, nawet pogodę jestem gotów rozgrzeszyć – wiadomo: w marcu jak w garncu – gdyby nie jedna sprawa: przygotowanie tras. To w sumie kluczowa sprawa, dzięki którym albo przyjemnie spędzasz czas, albo klniesz jak szewc. A w sobotę było z tym różnie: do połowy stoku jeździło się fajnie – było twardo, pod warstwą cienkiego śniegu był gdzie niegdzie lód, ale trasa były równa i zratrakowana. Druga połowa to niestety istna gehenna – mokry i ciężki śnieg, muldy, trasy wyglądały tak, jakby ratraka w ogóle nie widziały. Nie wiem czy to oszczędność dziadów zarządzających ośrodkiem, czy też zwykłe lenistwo ratrakujących – ale po prostu przesadzili, zwłaszcza że zmiana warunków odbywała się na 10-20 metrach. Naturalnym zjawiskiem więc to być nie mogło. Tak czy siak trzeba było sobie jakoś radzić – pod koniec zjeżdżania starałem się jeździć trasami mniej uczęszczanymi – czyli np. zjazd do kanapy poprzez trasę 5A. Ogólnie raczej ślizgałem się po czerwonych – 3-ka i 5-ka są the best, choć ostatnia ścianka na 5-ce po 15-tej nie należy raczej do przyjemnych – muldy za kolano i mokry śnieg sprawiają, iż jeżdżenia tamtędy ma się naprawdę dosyć. Tak czy siak zbliża się koniec sezonu i wypadało by pomyśleć o jakimś dobrym zakończeniu. Może dla odmiany w Spindlu? Kto wie…

Categories: Narty | Tags: , | 2 Comments

Pawlacz

March 4th, 2009

Zmajstrowałem ostatnio pawlacz. Ot, w sumie nic szczególnego, kilka elementów plus złożenie wszystkiego do kupy. Niby nic, ale zajęło mi to ładnych kilka godzin.  No ale po kolei: materiały zakupiłem w Castoramie: płyty, zawiasy, oraz teleskopy unoszące drzwiczki w górę, do tego okleina na obrzeża zakupiona w Nomi. Mając wszystko ruszyłem do dzieła. Na dzień dobry niestety falstart: jako, że dla panów robotników budujących blok w którym mieszkam PION niekoniecznie jest postrzegany w podręcznikowy sposób, to i ściany mają takie kąty jakie mają… Trudno, Castorama niestety nie docina płyt inaczej niż pod kątem prostym, trzeba było więc pewne poprawki wykonać samemu. No więc wyposażony w wyrzynarkę zabrałem się za dopasowywanie zakupionych materiałów do zastanych wymiarów. Tak sobie przyciąłem płytę będącą spodem pawlacza, że %&$#@$. Szczęście, że została mi jedna decha po wykonaniu szafy, miałem więc trochę materiału w zapasie. Gdy emocje opadły mogłem wziąść się za dokończenie robót, w ruch poszła szlifierka, wiertarka oraz żelazko. Trochę dziurek w ścianach oraz w sufitach i zaczęło się mocowanie elementów. Poszło w miarę gładko, choć wiercenie otworów w suficie nie należało do szczególnie przyjemnych, to jeszcze wiekszego zgryza miałem przy montowaniu elementów na ścianie gdzie biegną przewody elektryczne. Ale się udało. Ba! Powiem nawet, iż całość wyszła całkiem przyzwoicie – mordowałem się również z zawieszeniem drzwiczek, bo wiadomo – element ruchomy najgorzej jest dopasować do reszty konstrukcji, ale i z tym poradziłem. Efekt widać poniżej, pawlacz póki co pełni rolę schowka na sprzęty zimowe, choć moja piękniejsza połówka ma co do tego schowka inne plany …

Categories: Living | 2 Comments

Ostatni dzień urlopu

March 2nd, 2009

Categories: Różne | No Comments