Weekendowa walka z diabłem

July 29th, 2007

Zaczęło sie już w piątek, pięknie spakowani, chcieliśmy pojechać na saunę i pograć trochę w tenisa stołowego, czyli w pingla. Sumki spakowane, ręczniki wzięte, rakietki w plecaku – no to pędzimy w dół schodami do czerwonego diabła, aby nas zawiózł na fitnesy. Ruszył coś podejrzanie, czknął, zawył, przygasł jakby, ale jechał. Przyzwyczajony do różnych chimer mego pojazdu, nie bacząc na trochę dziwne zachowanie – jadę. No i dojechałem, do obwodnicy czyli do trasy północnej. Szczęście, że żona mnie opamiętała i krzyknęła abym się zatrzymał na “rozbiegówce”, bo naprawde byłyby jajca. Czerwony jak stanął, tak już nie zapalił. Przyczyny dla których nie chodzi silnik spalinowy, jak mawia Teściu, są dwie: albo prąd albo paliwo. Jako że pierwsza ewentualność odpadała, ponieważ “ibi” odpalała tylko zaraz gasła, padło na system pobierania paliwa. Nos mnie nie zawiódł. Zdechła pompa paliwowa w baku (co ciekawe ibiza ma dwie pompy – jedna w baku, druga pod podwoziem), nie był to pierwszy raz kiedy taki numer się przytrafił. Zawczasu rok temu jadąc do Łeby, przygotowaliśmy się na taką ewentualność i zakupiliśmy zapasową pompkę – aby mieć w razie W. No i przydała się w końcu. Oczywiście, zanim zapasowa pompa, zastąpiła zepsutą trochę czasu upłynęło: holowanie przez Robsona (Wielkie DZIENKS! Roberto), potem lekkie doładowanie akumulatora – niestety przez kręcenie rozrusznikiem też ducha wyzionął, no i sama wymianka, która nastąpiła na parkingu przed domem. Kilka śrubek, dwa wężyki i gotowe. W końcu inżynier! Auto odpaliło za pierwszym razem, jazda próbna też wypadła pomyślnie, zostało więc “aku” podładować w domku i ziuuuu w sobotę do Gubina, wycieczka do Teściów: na grilka, na piwko, a przy okazji na wymianę klocków hamulcowych. Dzień drugi walki miał więc nastąpić. I nastał, robota niestety przeniosła się w zadaszone miejsce do tzw. Budy Małej, miało być miło i na świeżym powietrzu, ale deszczyk plany pozmieniał. Podobno wymiana kompletu dwóch kół to 45-min, pewnie i dla rutyniarza tyle jest. U mnie to trwało trochę dłużej, przynajmniej z pierwszym kołem się mordowałem, drugie już, jak poznało się plan działania, poszło naprawdę gładziutko. Tak oto stałem się posiadaczem nowych klocków w Ibizie. Niestety póki nie spasują się z tarczami, samochód będzie się troszkę gorzej zachowywał. Jakoś do Zielonej Góry z Gubina dojechałem więc źle nie jest, czujnym trzeba być trochę bardziej, ot co. Po robocie wiadomo – piwko, grilek (pstrąg z grilla – pycha!) i dzień zleciał. Na deser została tylna wycieraczka. Deszcz lał całą niedzielę, zamontowanie więc i naprawienie tylnej wycieraczki wydawało się dobrym pomysłem. Niestety tutaj, pomimo dwóch pierwszych setów wygranych poniosłem porażkę. Miało być gładko i przyjemnie, czyli przykręcenie pióra i gotowe. Niestety szlag trafił mechanizm silnika wycieraczki. Wytarło się kółko przenoszące napęd z silnika na pałąk wycieraczki. Badziewie było plastikowe, więc ząbki wytarły się. Próbowałem jakoś wybrnąć z sytuacji: za pomocą podkładek, podniosłem wyżej kółko, tak że śruba z silnika chodziła po obrzeżach kółka plastikowego, gdzie szczątkowe zębiska trybika się uchowały. Nie dało to niestety nic, śruba szybko zjadła nowe kawałĸi ząbków i koniec. Mimo najszczerszych chęci nie udało się nic wskórać – jak to mówią “Z gówna, ptysia nie zrobisz” – tak i było w tym przypadku. Zmarnowany czas. Podsumowanie wzmagań: Kiniek vs Czerwony Diabeł 2:1. Tym razem walka wygrana, co prawda musiałem oddać jeden set, ale trudno – sztuka wygrywać wojny nie bitwy!

Categories: Pan Samochodzik | 1 Comment

Po “krótkich” wakacjach

July 25th, 2007

Wakacje Pobierowo 2007

I już w domu. Co dobre, to się szybko … ale po kolei. Wyjazd w niedzielę, powrót w niedzielę – niby osiem dni – ale tak naprawdę 6 i pół. Przyjemność jechania nad Bałtyk gdy jadą wszyscy (w końcu po dwóch tygodniach chłodu i lodu, pierwsze słonko wyszło…) nie należy do najcudowniejszych przeżyć. Korki wszędzie – Gorzów, Pyrzyce, Autostrada. Ba! Nawet przy wjeździe do Pobierowa. Człowiek spragniony wypoczynku zniesie dużo. Cóż to w sumie 6 marnych godzinek w porównaniu z całym tygodniem. Jechaliśmy oczywiście na tzw. Pałę – czyli bez zaklepanego miejsca pobytu, chcieliśmy odpoczywać przy ładnej pogodzie i udało się. Na miejscu szukanie noclegu: na początek z “kręcącym nosem” – czyli wybrzydzamy: tu śmierdzi, tam “jakoś obskurnie”, gdzie indziej “baba z brodą” nas wita, wrr… Po 2 godzinach desperacja, wchodzimy wszędzie i szukamy gdzie się da. NIE MA NIC!!! Ani jednego pokoju! Jakby cały świat wylądował w Pobierowie. Oj przypomniały się czasy studenckie. Musieliśmy waletować u brata (zgadliśmy się w sumie z wyjazdem), który był w pokoju 3-osobowym, ale ze swoją rodziną zajmował 2 łóżka. 3 noce na “jedynce” z żoną. A od środy już na swoim – znaleźliśmy jakiś pokój: Pensjonat Foka. Na bezrybiu i rak ryba. To chyba tyle jeśli chodzi o warunki socjalno-bytowe. Dobrze, że chociaż pogoda dopisała. Bez sprzyjającej aury ten region jest niczym pustkowie kulturalne, nie ma tam prawie nic do zwiedzenia/zobaczenie. Wyjątek to latarnia w Niechorzu, ściana w Trzęsaczu i hm … to chyba tyle.

Latarnia Niechorze

A propos Niechorza to chyba bardziej podobało mi się niż Pobierowo: po pierwsze latarnia – no coś w sobie tego typu budowle mają, po drugie plaża – zupełnie dzika, niestrzeżona, z małą ilością ludzi, a i miasteczko też bardziej urokliwe: z wybrzeżem klifowym, z małą promenadą, z rybakami. Dzikość, natura, wolność. Plaża bez drących mordę sprzedawców: Kukurydza gotowane, 2 kolby 5 złotych; bez chmary ludzi gnieżdżących się jeden na drugim, gdzie można było pograć piłką, poczytać książkę, pogrzebać w piasku. Jednym słowem odpocząć. Jest to niewątpliwy urok naszego Bałtyku, że znaleźć można jeszcze miejsca “niezadeptane”, “niezabudowane” jak i czym popadnie, gdzie można odpocząć. Tam to właśnie spędziłem najprzyjemniejsze chwile urlopu, oczywiście każdy odpoczywa jak lubi – ktoś lubi browar i drzemkę – proszę bardzo, “Wolnoć Tomku”.

Niechorze Plaża

Dla mnie to jednak takie miejsca jak plaża w Niechorzu, będą tym miejscem gdzie miło spędzam czas. Przypomniała mi się Łeba (a dokładniej plaża przy wydmach) gdzie byliśmy w tamtym roku. Szkoda, że tego miejsca nie odkryliśmy wcześniej, byliśmy tam tylko dwa razy, ale to je właśnie chciałbym najbardziej pamiętać. Reasumując: Trafiło sie nam 6 dni słonka – myślę, że zostały dobrze wykorzystane na ładowanie wewnętrznych akumulatorów. Wypoczęty i opalony (oczywiście bez szału – w końcu krem filtrem UV 61 dla informatyka to chyba w sam raz ;) ) wróciłem w niedzielę do domu. Mieliśmy wracać po południu, ale pogodę “szlag trafił” i od 10-tej zaczęło padać. Siedzieć w deszczu? Bzdura. Lepiej było szybciej wrócić, bez korków i zmęczenia, i odpocząć w domku. Tyle teoria, praktyka kazała nam się zmierzyć z 2-godzinną jazdą w okropnej ulewie, gdzie wycieraczki pracujące na pełnych obrotach nie nadążały, a jedyną rzeczą jaką można było dostrzec do 2 czerwone punkciki świateł samochodu który jechał przede mną. Tyle w skrócie, opowiedzieć się wszystkiego nie da, no bo i jak. Dla chętnych galeria, foteczki podzielone na trzy kategorie: familijne, widokowe i inne. Dla każdego coś miłego. Zapraszam doi oglądania

Categories: Living | 2 Comments

Kierunek – Morze !!!

July 15th, 2007

img_51081.jpg

Categories: Różne | 1 Comment

Jak wino robiłem

July 12th, 2007

Na łykend spotkała mnie dosyć niecodzienna robota: robiłem winko. Przygotowania zaczęły się w piątek – należało zakupić szlachetne drożdże potrzebne w procesie fermentacji. Zakupiłem dwa gatunki – jedne do półsłodkiego, drugie do półwytrawnego. Co prawda dają one tylko posmak, a zawartością cukru reguluje się jego faktyczny gatunek. A już w sobotę się natyrałem: najpierw zbieranie, poszło w miarę gładko. Etap następny to mycie, potem warzenie. Proporcje w recepturze należy zachowywać. Kolejnym etapem było drylowanie. Koszmar!!! Bez pomocy Teściowej siedziałbym nad tym do rana, albo i dłużej. To był chyba najdłuższy i najbardziej pracochłonny etap całego procesu. Po wyczerpujących działaniach, przyszła kolej na lżejsze czynności: przygotowanie gąsiorów, przegotowanej wody, oraz zrobienie matki drożdżowej. Nie obyło się oczywiście bez ofiar: jedna z butli nie przetrwała… Tak zakończyła się sobota, w niedzielę pozostało napełnić butle. Ale najpierw trochę zmiksowałem zaczyn, aby łatwiej wcisnąć owoce do gąsiorów. Po uzupełnieniu wodą z cukrem, oraz drożdżami, zostało zakorkować dwie “buteleczki” i czekać.

Dla chętnych do oglądania mała galeryjka.

anim3.gif

Categories: Różne | 1 Comment

Poll Results: Dalszy bieg losów Jędrka i Jarka

July 10th, 2007

Categories: Living | No Comments