Czerwony diabeł

June 13th, 2007

Czerwony diabeł znów dał znać o sobie. Przedwczoraj zdechł jeden z kierunków. Tylni prawy chodził, przedni jakoś nie bardzo. Jako, że żarówa tylna ostro zwiększyła częstotliwość migania, więc symptomy prowadziły tylko do jednego: upalona żarówka w przednim kierunku. Wczoraj więc po zaopatrzeniu się w dwa rodzaje żarówek, po przyjeździe z roboty zabrałem się do pracy. Ale co to? Po rozkręceniu “migacza” żarówka wygląda na dobrą, hm… zostają więc trzy inne opcje: instalacja, przerywacz oraz włącznik. W instalacji nic nie było grzebane więc po pobieżnych oględzinach, oraz sprawdzeniu miernikiem, iż napięcie dochodzi do samej żarówki, zająłem się przerywaczem. Po “cykaniu” doszedłem iż ustrojstwo jest schowane z przodu pod maską. Trochę gimnastyki, i mam: pięć podejrzanych kostek – 4 srebrne, jedna czarna. No więc wyciągam po kolei każdą i badam przy której “kierunki” padną. Czarnym koniem okazała się czarna kosteczka…. Po jej wyciągnięciu “kierunki” oślepły. Udało się nawet ustrojstwo otworzyć, w środku trochę nadpalone, przyczernione więc pewnie to jest to. Znalazłem! Uff. Dziś przyszła kolej na zakup i wymianę. Do wyboru były dwie opcje: używka ze szrotu – 10 PLN, nowy przerywacz ze sklepu 22 PLN. Wybrałem bramkę numer 2. Pod sklepem szybko wyjąłem kosteczkę i dawaj z nią szukać z Panem sprzedawcą zamiennika. Jest! Szybka transakcja i lecę do auta z powrotem. :( Po założeniu nowej efekt taki sam – czyli prawy przedni nie działa. Hm… więc do cholery co jest? Traf chciał, iż akurat pod sklepem spotkaliśmy (w operacji uczestniczyła też żona) znajomych – Młodego i Ewelinę. Młody w kilku autach już w życiu łapy brudził, więc wykładam mu jaki jest temat. No to zaczynamy zerkać, czy kabelki całe, czy włącznik ok i takie tam. Młody wymyślił, że może masy nie ma. Hm, no dobra dwie śrubki i “kierunek” wyciągnięty – młody zaczął szarpać wszystkimi wtyczkami i przewodami aby sprawdzić czy jest styk. Zaś cud! Przy ruszaniu przewodem od masy nagle żaróweczka błysnęła. A więc przewód. I to w miejscu w którym raz już był robiony, gdzieś się skubany rozłączył, zaśniedział – cholera wie, w każdym bądź razie po ponownym skręceniu przewodu, “kierunek” jak ta lala :). I 12 PLNów w kieszeni, gdyż przerywacz szybko oddałem do sklepu, wziąłem za to korek wlewu oleju (za dyszkę ;)) – coś ostatnio przestał spełniać swoje funkcje, ale to już inna historia…

Categories: Pan Samochodzik | 1 Comment

Łyczek informatyki

June 7th, 2007

No ostatnio trochę się działo. Na początek o domowych przygodach – zdechł mianowicie twardziel w moim kompie. Brzdęk, brzdęk głowicą o talerz i tyle go słyszeli … No czasem bywa. Oczywiście jak na ironie musiałby być to systemowy, oraz $HOME. A więc kilka dni bez kompa, literaturka, gazetki, książka przygotowująca do egzaminu SEP, jakoś sobie radziłem. W końcu się wziąlem, nowy dysk, czysta instalacja Fedory 6 – poszło gładko. Następna sprawa to update yumem pakietów, na nockę blaszaka musiałem zostawić włączonego, ale rankiem system był już zapatchowany i gotowy do dalszego tuningu. W między czasie zerknąłem na główną stronę projektu fedora
, okazało się że na dniach wyszła wersja z numerkiem 7. Co tu robić, hm … Ściągnąłem w nocy iso, postanowiłem na następny dzionek mieć najświeższą wersję. Niestety nic z tego nie wyszło, instalator za nic nie chciał zobaczyć mojego kontrolera dysków, a przy montażu z łapy zmieniał literki dysków, tylko po to aby się potem wyłożyć na pysk. Trudno. Będę miał jeszcze jakiś czas 6-kę. Czas więc na własną listę pakietów i usprawnień; do kernela czas dodać: lirc’a, stery do grafiki nvidii, moduły vmware’a, poza tym czas na kompilację gmplayer’a oraz xmms’a z wszelkiej maści kodekami. Do tego wywalenie z systemu dystrybucyjnej javy (libgcj) i zastąpienie jej przez JDK. Mało? Czas więc na dobranie się do starego dysku – jak już pisałem cały $HOME był właśnie tam. Oczywiście aby nie było łatwo filesytem to reiserfs, który wymagał zamontowania i zgrania co cenniejsze. Nie ma lekko, trzeba było użyć fsck.reiserfs z opcją –rebuild-tree. Trochę modłów, cierpliwości, czasu i poszło :). Udało się zamontować, oraz zgrać wszystko co cenne – fotki, konfigi, ustawienia. Oczywiście część rzeczy była backupowana (przed wszystkim konfigi i poczta), ale trudno backupować $HOME’a który ma 21 GB. W każdym razie sytuacje dosyć groźna, skończyła się dobrze. Oprócz spędzonego czasu, który jest niewątpliwie minusem, są też plusy całej operacji: stary system instalowałem jako Fedora w wersji 2, natomiast potem w miarę ukazywania się nowych wersji był uaktualniany, rozrósł się przez to niemiłosiernie, teraz nie dość, że zajmuje mniej miejsca, to wydaje się uruchamiać szybciej, przynajmniej jeżeli chodzi o GNOME’a. Drugi plusik to powrócił automounter płyt cd i pamięci usb, wcześniej po próbach z pakietem snort_inline zaniemógł. Nie ma więc tego złego co by na dobre nie wyszło. A co do obrony przed takimi zdarzeniami w przyszłości planuję $HOME’a trzymać na macierzy RAID1 czyli mirrorze. Co do mirrora, to jeszcze jeden aspekcik tym razem z pracy: instalowałem ostatnio w pracy kompa do dosyć ważnych danych. Jak cenne dane, no to RAID 1 mu się należy. RAID 1 więc był, XP-ek się odpalał, wszystko cacy, dopóki nie zachciało mi się przetestować jak ten raid działa. Wypiąłem jeden z dysków i chciałem zapalić system na jednym. Lipa – xp-ek zaczynał się uruchamiać i wykładka, chciałem więc powrócić do pierwotnej konfiguracji. Tutaj znowu trauma, kontroler wykrył drugi dysk i postanowił zsynchronizować oba, niestety zaliczał przy tym zwiechę, i tyle go widzieli. Odjechał więc komputer z powrotem do sprzedawcy (wymiana kontrolera na ADAPTEC’a), a kontroler INITIO raidowy moim zdaniem można sobie w D… wsadzić. Pozdrowienia dla tych co mają INITIO w swoich puszkach ;)

Categories: Potyczki z IT | 1 Comment