Słów kilka o synku

Chłop ma już zęby – dawno nie pisałem a w między czasie synkowi wyrosły zęby. Trzy; czwarty będzie lada dzień. Trochę w nocy przez to cierpimy, ale wyjścia nie ma. Tragedii jednak większej też nie ma i jakoś sobie radzimy: ibufen, dentinox – są sposoby. Taki trochę Karolak póki ten nasz mały szkrab będzie…
Zaczyna być również bardziej mobilny: nie raczkuje ani nie czworakuje, ale pełza. Zawsze coś. Choć robi to przekomicznie, gdyż jedną rączkę podciąga pod brzuszek, a drugą standardowo jak Bozia przykazała. Podobnoż to wina asymetrii. Ale lata po chacie jak dzik – najbardziej interesują go rzeczy, które nie powinien nawet dotykać. Kabelki od zasilaczy, przedłużacz, stolik zrobiony z maszyny do szycia, kolumny głośnikowe, telewizor – to jest życie a nie jakieś fiu-bzdziu w postaci gumowego samochodzika.
Ciągle musimy łazić z nim na rehabilitacje, są już szkraby które w jego wieku siedzą, raczkują i są bardziej mobilne. Nasz jakoś nie odnalazł się jeszcze w świece ludków siedzących. Ale idzie do przodu…

Tagi: Borys, tata

Triathlon – czyli z wizytą w CRS’ie

Idzie wiosna, nieubłaganie. Bęben mi ciąży okropnie po zimie – mało jakoś sportowy tej zimy byłem. Obżarstwo i bezruch. Od czasu to czasu zaliczałem właśnie wypad do CRS’u, ale chyba ostatnio częściej bywam tam jako kibic Zastalu, a nie jako fan sportu. Dziś pierwszy etap akcji: zrób coś z sobą. Zacząłem z grubej rury: bieżnia + basen + sauna. Trochę dałem d… z pakowaniem na wszystkie przybytki – okularów do pływania w ekwipunku zabrakło – ale jakoś radziłem pływając pseudo-żabką (z łbem ponad taflą), tudzież na plecach. Ale po kolei: początek całej wyprawy należy rozpocząć w mnniejszym pokoju – gdzie to Borysek na ojca “rąkach” i z butlą w ustach odleciał spać. Zielone światło! Migiem pod halę tojką – wiem wiem, z 10 minut jest – ale to 10 minut krócej relaksu. Lecę najpierw na bieżnię – 3-cia z kolei dopiero normalnie działała – taki peszek początkowy. No ale lecę – pobiegałem cirka 20 minutek, zwiększając sobie od czasu do czasu to prędkość to kąt nachylenia. Jeszcze minut kilka i jęzor bym sobie nadepnął… Uff. Potem minuta na “slow motion” i złapanie oddechu i dalej na basen, aby zdążyć przed 21-sza. Za 8 odbijam się na czytniku. Przebieralnia po drodze, tutaj kolejne zaskoczenie – spotykam faceta przy wejściu na basen. Co sie okazuje 3 posty niżej jest na fotce. Dodam, że nie z rodziny… Dalej to na tor – wiadomo, wiadomo już też, że nie miałem okularów. No i jak pływałem również. Po paru długościach poszedłem na bicze wodne (Jak się nazywa suka na basenie? ;) – taki ostatnio dowicp od ucha doleciał… ). Kilka dni temu szarpnąłem się z UPS’em w robocie i coś tam strzyknęło w kręgosłupie. Kwazimodo od razu ze mnie się nie zrobbił, ale bolało dni kilka. Kolejny etap to sauna, tam niestety tylko 2 sety – 1 x fińska gorący (na górnej półce), oraz raz w mokrej – pary tylko nie było, i musiałem wężem polewać czujnik – po 9:30 ludków brak. A kilka chwil po 10-tej siedziałem już w domu. Bardzo wyczynowe 1,5h.

Tagi: basen, crs, sauna

Borysek zaciesza przed lustrem – wersja extended

Tagi: Borys, tata

Z wizytą u kolegi

Borysek wczoraj odwiedził kolegę – Piotrusia, wiek 4 miesiące. Chłopina już kumaty, więc pierwszy próby nawiązania kontaktu nastąpiły.

Były również działania zaczepne:

Sielanka trwała w najlepsze:

Niestety wszystko co dobre, ma swój koniec:

Nie wiadomo czy poszło o zabawki, czy o pozycję na macie; w każdym bądź razie konieczna była interwencja starszyzny:

Ale początki zawsze są trudne, ważne że pierwsze lody przełamane. Teraz czekamy na rewizytę u nas.

Tagi: Borys, tata

Boryniu katolikiem

W niedzielę ochrzciliśmy Boryska. Poszło gładko: mały zdążył usnąć przed całą ceremonią i tak już jakoś poleciało. Przespał podejście do ołtarza, polanie głowy i ponowne włożenie do wózka. Praktycznie więc przekitrał wszystko co ważne – wybudzony został dopiero po mszy – do rodzinnej fotografii. W sumie to może i dobrze – przynajmnniej był spokój. Oczywiście nie obyło się bez przygód: podjeżdżamy pod kościół – cirka 15 minut przed czasem, czyli wg. instrukcji otrzymanej uprzednio od księdza. I co się okazuje: brak zaświadczenia, że chrzestny to katolik wierzący i praktykujący. Co robić? Ano pędem jadę do domu po certyfikat, na szczęście kościół o przysłowiowy rzut beretem – więc w 12 minut robię sprint na Ruczajową. Szlag mnie trafił przed samym skrętem do kościoła: kolejka na 4 auta a tu jeszcze lewoskręt. Trochę się zagotowałem… W końcu udało się wjechać w ul. źródlaną, zaparkować auto gdzieś z boku i dawaj z jęzorem na wierzchu pędem do świątynii. Zdążyłem na przysłowiowy amen – jak stanąłem na umówionym miejscu (pod chórem), to ksiądz już się zbliżał do nas. Po akceptacji wiernych, i wyjaśnienia powodu w jakim przyśliśmy, kapłan zaprosił nas do przodu. I tak oto: 2-gi raz w życiu zasiadłem w kościele w 1-szym rzędzie. Dalej ceremonia przebiegała jak wyjaśniłem na początku: Boryniu najpierw zaciekawony miejsciem, zaczął w końcu ziewać aż w końcu zasnął. I tyle go było, po mszy dopiero zapozował do fotki:

Potem czas na imprezę – zaplanowaliśmy “małe co nieco” w Palmiarni: trzeba przyznać, że strzał w 10-kę. Miejsce w sam raz na taką imprezę: dzieciaki sobie polatały, dorośli rozprostowali kości, ogólnie jest gdzie pochodzić: 3 poziomy, taras widokowy, mnóstwo roślin, ryb, gadów i Bóg wie czego jeszcze. Jedzenie również pysznie, jeden minusik za niepodanie surówek na zimno: jakoś kelnerom umknęło z menu. Poza tym wszystko na medal: obsługa, tort (Borysek kończył właśnie pół roczku), jedzenie wszystko tip-top. Zabawiliśmy w sumie do ok. 18-tej, potem płatność (najmniej przyjemna część całości) i do domu. Uff. No ale już po.

Tagi: Borys